Najwyższy Czas: Nadchodzi katastrofa cenowa

09 sierpnia 2021 /
Odwiedź mój profil Facebooku

Dziś największym problemem gospodarczym i niestety również społecznym dla Polski jest konstrukcja tzw. unijnego systemu handlu emisjami, tzw. EU ETS.

Z posłem Januszem Kowalskim reprezentującym w Sejmie Solidarną Polskę rozmawia Rafał Pazio.

Panie pośle, gdzie trafiają pieniądze pobierane za emisję CO2. Jak ten mechanizm działa? Kto na tym zarabia?

Dziś największym problemem gospodarczym i niestety również społecznym dla Polski jest konstrukcja tzw. unijnego systemu handlu emisjami tzw. EU ETS. System ten polega na tym, że aby sprzedawać energię elektryczną czy ciepło, prowadzić biznes w metalurgii, hutnictwie, chemii, czyli tam, gdzie mamy do czynienia z emisjami CO2, potrzebne jest kupowanie spekulacyjnych unijnych certyfikatów w systemie EU ETS. Są to uprawnienia do emisji CO2, które stanowią istotny czynnik kosztowy usługi czy jakiegoś produktu. O ile unijny certyfikat EU ETS jeszcze 6-7 lat temu kosztował 5-6 euro za prawo do emisji jednej tony CO2, to do 2018 roku nastąpił skokowy wzrost do 20 euro. A dziś w 2021 r. cena emisji jednej tony CO 2 to kosz 58 euro! System EU ETS stanowi dziś najpoważniejszy problem dla polskiej gospodarki. Nie sposób planować inwestycji, kiedy unijne certyfikaty spekulacyjnie drożeją.

Zwiększyły się koszty.

Struktura EU ETS z jednej strony powoduje wytransferowanie z polskiej gospodarki miliardów złotych rocznie. Z drugiej strony demoluje finanse polskich firm i demoluje ich perspektywę inwestycyjną. Mamy dodatkowy czynnik kosztowy, który wzrasta w sposób całkowicie spekulacyjny i co do skali nieprzewidywalny. Te certyfikaty można kupować na giełdach, m.in. na giełdzie niemieckiej w Lipsku, czy w Londynie. W ramach tej gry, absolutnie nierynkowej tylko spekulacyjnej, do obrotu dopuszczone są np. fundusze inwestycyjne. Traktują certyfikaty jako instrument finansowy. Problem polega na tym, że dzisiaj nie sposób przewidzieć, jaka będzie cena tego certyfikatu za trzy dni, miesiąc czy rok. Więc zarysowanie jakiejkolwiek perspektywy finansowej dla biznesu staje się niemożliwe.

W 2020 roku toczyła się dyskusja o tym, żeby odejść od obecnej polityki klimatycznej.

Byłem pierwszym politykiem, który powiedział jasno w marcu 2020 roku, kiedy zaczęła się pandemia, że to jest ten moment, w którym powinnyśmy odejść od fatalnej polityki klimatycznej Unii Europejskiej i odejść od unijnego systemu handlu emisjami. Przygotowaliśmy z panem ministrem środowiska Michałem Wosiem ustawę o polskim systemie handlu emisjami, która jest zgodna z celami unijnej polityki w zakresie budowy niskoemisyjnych źródeł, ale nie ma w tym systemie spekulacyjnego mechanizmu, który dekonstruuje finanse polskich firm.

Jak to zapotrzebowanie wygląda obecnie?

Polska gospodarka w tym roku potrzebuje około 170 milionów ton uprawnień do emisji CO2. Wykazałem istnienie tzw. luki EU ETS. Cała polska gospodarka per saldo, czyli wszystkie firmy, instalacje potrzebują uprawnień do około 170 milionów ton emisji CO2. Rzeczywiście jest tak, że w tym unijnym systemie istnieje część tzw. bezpłatnych uprawnień, które są przynależne m.in. polskiemu państwu i stanowią dochód państwa. To około 65 milionów ton uprawnień rocznie. Około 40 milionów ton uprawnień przynależy instalacjom należącym do biznesu. Suma tych bezpłatnych uprawnień to 105 milionów ton w tym roku. Jeżeli państwo otrzymuje te 65 milionów ton, firmy muszą i tak kupić certyfikaty, państwo swoją bezpłatną pulę sprzedaje na giełdzie i ma dochód. Ale jest to jest oczywiście koszt dla polskich firm! W ostatnich kilkunastu miesiącach polskie państwo sprzedało ogromną nadwyżkę z lat poprzednich w związku z niezrealizowaniem inwestycji w obszarze energetycznym. Z tego powodu wielu polityków w sposób nieuprawniony twierdziło, że polski budżet na tym zarabia. Powtórzę. Dane z ostatnich 2 lat są mylnie interpretowane w związku z tym, że sprzedajemy certyfikaty z czterech ostatnich lat, które nie były wykorzystane w ramach realizacji przez firmy inwestycji w energetyce.

Co dzisiaj staje się najistotniejsze?

Wrócę do kilkunastomiliardowej tzw. luki EU ETS, której istnienie wykazałem i opisałem kilka tygodni temu. Potrzebujemy w tym roku 170 milionów ton uprawnień do emisji CO2. Pula bezpłatnych uprawnień to 105 mln ton. W mojej ocenie najistotniejsze jest wykazanie, co idealnie wpisuje się w argumentację cenionego przeze mnie redaktora Tomasza Cukiernika, który publikuje na łamach „Najwyższego CZAS-u!”, jaki jest bilans korzyści finansowych z członkostwa Polski w Unii Europejskiej. Luka, a więc deficyt pomiędzy potrzebną liczbą certyfikatów a rzeczywistą liczbą bezpłatnych uprawnień to jest 65 milionów ton. 

Co to oznacza?

Popatrzmy, ile kosztuje jedna tona do emisji CO2. Jeszcze kilka lat temu kosztowała 5-6 euro. W grudniu 2020 roku przed zaostrzeniem polityki klimatycznej przeciwko czemu Solidarna Polska bardzo mocno protestowała, to było 28 euro za tonę. Dzisiaj w sposób spekulacyjny, po zaostrzeniu polityki klimatycznej między innymi przez działanie funduszy inwestycyjnych, cena tego certyfikatu wynosi około 58 euro. W ciągu 6 – 7 miesięcy wzrosła ponad 100 procent. W liczbach rzeczywistych dla PGE S.A. – największego producenta energii elektrycznej w Polsce – w 2020 roku przy tej cenie 25-28 euro kosztem dla tej firmy był zakup certyfikatów za 6 miliardów złotych. W tym roku PGE S.A. wyda na te spekulacyjne unijne certyfikaty nawet 10-12 miliardów euro. To zwykły bezsensowny spekulacyjny, w żaden sposób nie pomagający biznesowi koszt, który musi ponieść polski producent energii elektrycznej. To czyni najtaniej od strony technologicznej wytwarzaną w całej Europie energię elektryczną z Elektrowni Bełchatów …jedną z najdroższych w Europie.

Do budżetu państwa w tym roku trafi kwota za certyfikaty dotyczące 65 milionów ton. A kto zarobi na całej reszcie?

Wykazałem istnienie luki EU ETS polegającej na tym, że ten deficyt to jest faktyczny mechanizm wyprowadzenia z Polski miliardów złotych. Brakujące 65 milionów ton uprawnień dla Polski pomnożone przez 54 euro za tonę, daje kolosalną kwotę 16 miliardów złotych. Przy stawce 58 euro będzie jeszcze więcej – ponad 17 miliardów. Oznacza to, że 16-17 miliardów złotych w żaden sposób nie wróci do polskiego budżetu czy gospodarki i nie będzie bezpłatnym uprawnieniem dla firm. To oznacza, że te pieniądze wypływają bezpowrotnie poza granice Polski. Nie trzeba być wielkim analitykiem, żeby przejrzeć w tym kontekście perspektywę 7-letniego budżetu Unii Europejskiej, tzw. dotacji, w których i tak jest teraz więcej dotacji ideologicznych np. na Green Deal. Są to dotacje nie na to, co chcemy tylko np. na politykę klimatyczną. A więc nie możemy realizować rzeczy, których faktycznie potrzebujemy, czyli na przykład budowy infrastruktury samorządowej. Musimy realizować projekty klimatyczne, które w istocie będą wspierały eksport technologii OZE z Niemiec, czy rosyjskiego gazu z Nord Stream. Ale to jest inny temat. Przyjrzymy się tej perspektywie siedmiu lat dotacji z Unii Europejskiej. Jeżeli zapłacimy 16 miliardów złotych przy cenie 54 euro za tonę uprawnień do emisji CO2 i pomnożymy przez siedem, bo jest siedmioletnia perspektywa budżetowa daje nam 112 miliardów złotych. Dzisiaj cena za tonę to 58 euro. Za chwilę będzie 60 – 70 euro. To oznacza, że tylko z racji jednego unijnego systemu, ale też najbardziej radykalnie nas łupiącego systemu handlu emisjami polska gospodarka per saldo w ciągu siedmiu lat przy cenie 54 euro za tonę na pewno straci 112 miliardów złotych. Pieniądze zostaną wytransferowane z polskiej gospodarki. To wartość 1/5 całości przyznanych Polsce dotacji w ramach 7-letniego 500-miliardowego budżetu.

To jest jedna piąta dotacji, które otrzymamy w ciągu tych siedmiu lat.

To wartość jednej piątej dotacji unijnych na starcie, która zostanie wytransferowana z Polski jako koszt, co absolutnie wpływa na strategiczne zmniejszenie konkurencyjności całej polskiej gospodarki. Ale to początek. Konsekwencje opodatkowania spekulacyjnym parapodatkiem EU ETS polskiego ciepła, energii elektrycznej, chemii, metalurgii i całego przemysłu energochłonnego będą następujące. To zwijanie się polskiego przemysłu energochłonnego, hutnictwa, przemysłu cementowego, wapienniczego, ograniczenie chemii. Zmniejszenie produkcji energii elektrycznej w Polsce. Uzależnienie się od jej importu. Już dzisiaj, w zasadzie, firmom przestaje się opłacać produkować energię elektryczną w Polsce. Bloki nie pracują na sto procent możliwości. Łatwiej kupować tańszą energię z zachodu sztucznie nieopodatkowana w systemie EU ETS. Mamy najwyższy w historii III RP import energii elektrycznej z Niemiec. Tej zielonej, która nie jest opodatkowana, której Niemcy mają w nadmiarze, bo za dużo wybudowali wiatraków i paneli fotowoltaicznych. Niemcy traktują Polskę jako magazyn energii. Zamiast produkować energię z własnych zasobów kupujemy niemiecka czy skandynawską energię. Ekspresowo tracimy suwerenność energetyczną.

Jak w tej sytuacji jako politycy Solidarnej Polski odnajdujecie się pośród polityków Zjednoczonej Prawicy, którzy nie chcą zmian w tym zakresie? Ktoś ma jakiś pomysł na zmianę?

Nas pomysł, żeby coś z tym zrobić, cały czas jest ten sam – konieczna jest reforma unijnego systemu handlu emisjami. Jako Solidarna Polska Zbigniewa Ziobry w sposób jasny nie poparliśmy polityki energetycznej rządu do 2040 roku. „Polityka energetyczna Polski do 2040 r.” w chwili uchwalania już miała nieaktualne założenia. Zakładała przykładowo, że poziom 40 euro za emisję tony osiągniemy w…2040 roku. Mamy 2021 rok, a jest 58 euro.

 Jednak mino tych niewłaściwych założeń polityka energetyczna została przyjęta.

Pomysł Solidarnej Polski i to do czego namawiamy naszych koalicjantów to oczywiście reforma, a najlepiej w całości odrzucenie unijnego systemu handlu emisjami, który zagraża bezpieczeństwu energetycznemu Polski.  Radykalne odrzucenie unijnego systemu i ewentualne stworzenie polskiego systemu.

 Z jakimi reakcjami Panowie się spotykają?

W tej chwili jesteśmy w tak zwanym okresie przejściowym. Od zaostrzenia polityki klimatycznej w grudniu 2020 roku na szczycie Rady Europejskiej minęło siedem miesięcy, a cena uprawnień wzrosła o ponad 100 procent. W tej chwili negatywne skutki tego wzrostu czują polskie firmy. Zbadałem to na poziomie ciepłowni. Polskie ciepłownie nie mają pieniędzy, żeby kupować certyfikaty i robić inwestycje. Kilkadziesiąt ciepłowni jest na skraju bankructwa. Musi znacznie wzrosnąć cena ciepła w całej Polsce dla milionów odbiorców. Polacy jeszcze nie czują tego wzrostu ze względu na to, że obowiązują taryfy na ciepło i energię elektryczną na rok 2020. Ale poczują w przyszłym roku. W styczniu będzie gigantyczne uderzenie podwyżek cen energii i ciepła o 15,20,30 procent. 

Można coś z tym jeszcze teraz zrobić?

Ministerstwo Klimatu i Środowiska pracuje nad takimi rozwiązaniami, żeby samorządowe ciepłownie mogły zmieniać taryfy na ciepło systemowe, by nie zbankrutować. Koszty zakupu uprawnień, których cena wzrosła o 100 procent od grudnia 2020 roku muszą być przerzucone na konsumentów. Ogrzanie szpitali, posterunków policji, szkół, gospodarstw domowych stanie się droższe.

Dlaczego politycy Zjednoczonej Prawicy nie chcą dokonać zmian, które powstrzymają ten proces?

Zadaje mi Pan pytanie, dlaczego nie zgodzono się z moją diagnozą, którą postawiłem ponad rok temu. Miałem rację. Nie pomyliłem się w ocenie problemu i jego skutków społeczno-gospodarczych dla Polski. Niestety. Nie ma dzisiaj bardziej dekonstruującego polską gospodarkę czynnika kosztowego niż rosnąca przez UE cena polskiej energii i polskiego ciepła. Mieliśmy w zeszłym roku najlepszą możliwość, bo tego wymagano od nas niestety po akceptacji Green Deal w grudniu 2019 r. na poziomie UE.  Wtedy Polska, w mojej ocenie, powinna postawić veto. W konkluzjach zapisano, że wybieramy własną ścieżkę i ta ścieżka miała być przedstawiona w lipcu czy czerwcu 2020 roku. Ale konkluzje nie maja żadnego znaczenia. Żadnego. To był ten moment, w którym powinniśmy postawić warunek – reforma EU ETS. W zamian za przyjęcie budżetu, gdzie mieliśmy prawo veta żądać rewizji europejskiego systemu handlu emisjami. Trzeba było to zrobić w ten sposób. Przecież to ocena polityczna nie mechanizm rynkowy. W związku ze zgodą na budowę nowych systemów energetycznych, ciepłowniczych i niskoemisyjnych powinny być postawione dwa racjonalne warunki.

Jakie?

Po pierwsze wszystkie instalacje na węgiel pracują do ostatniego dnia swoich technicznych możliwości. Np. nowe bloki Elektrowni Opole, które zostały za 11,5 miliarda złotych uruchomione dwa lata temu powinny pracować do 2056 roku, kiedy się zamortyzują. Nie powinny być zamykane z powodów ideologicznych w 2040 roku, bo tak chce UE czy Greenpeace. W związku z tym nie będzie presji, absolutnie nie biznesowej, na realizację tzw. koncepcji paliwa przejściowego, błędnej, nielogicznej biznesowo. Mamy dzisiaj zamykać instalacje, które są sztucznie opodatkowane przez EU ETS tylko dlatego, żeby budować instalacje gazowe na gaz z Nord Stream po to, żeby za 20 lat…likwidować te instalacje gazowe. W realizacji polityki Green Deal gaz ziemny również jest paliwem schyłkowym. Kompletnie bez sensu z punktu widzenia kosztowego jest dziś inwestowanie w gaz. Ponosimy dwa razy ten sam koszt – budowy nowych systemów dla gospodarki. Dlatego pierwszy warunek to instalacje węglowe pracują do maksymalnej możliwości technicznej. Tym sposobem mamy czas na to, żeby inwestować w nowoczesne technologie, które pozwolą spalać węgiel w taki sposób, że będzie niskoemisyjny albo zeroemisyjny. Drugi warunek to określenie stałej kwoty za uprawnienia dotyczące emisji CO2 na poziomie 5-7 euro na najbliższe 30 lat. Skoro zgadzamy się na transformację energetyczną, a ten mechanizm miał nas do tego zachęcać, to najgorszym błędem jest to, że po wyrażeniu zgody nadal jesteśmy karani w systemie EU ETS, że mamy te instalacje, a musimy tę transformację energetyczną przeprowadzać. Nagle mamy trzy koszty. Koszt obecnej instalacji, czy obecnego systemu elektrociepłowniczego, po drugie koszt budowania nowego systemu energetycznego i ciepłowniczego. Trzeba to jasno powiedzieć. To koszt około dwóch bilionów złotych razem z sieciami. I po trzecie – koszt udziału w EU ETS.

Czyli 70-80 miliardów każdego roku przez 30 lat.

Musimy wydać 2 biliony złotych na budowę nowego systemu elektroenergetycznego i ciepłowniczego. UE nie pokryje nam tego wydatku! To największy koszt, jaki do tej pory polska gospodarka poniosła od odzyskania niepodległości po sowieckiej okupacji. I do tego jeszcze, mimo że zbudujemy ten system, jesteśmy karani za to, że mamy obecny system. Karani tymi właśnie rosnącymi, spekulacyjnymi cenami certyfikatów. Mamy nagle trzy koszty, a mieliśmy jeden.

Czy widzi Pan możliwość reakcji?

Reakcja będzie oczywista. Polacy nie są przygotowani na drastyczne podwyżki cen energii i ciepła. Polskie firmy nie są na to przygotowane, aby reagować biznesowo. Ceny usług, produktów i całej polskiej gospodarki będą wzrastały. Ta reakcja będzie odpowiedzią na reakcję niezadowolonego społeczeństwa, bo pojawi się nagle podstawowe pytanie, kto za to odpowiada. Trzeba sobie odpowiedzieć, Unia Europejska łupi polską gospodarkę, Unia Europejska przez lukę EU ETS-u wyprowadza z Polski kilkanaście miliardów złotych rocznie. Prowadzi do tego, że w sposób spekulacyjny mamy najdroższą energię elektryczną w Europie, chociaż ją w UE najtaniej wytwarzamy. Rozpoczyna się w tej chwili bardzo poważna merytoryczna dyskusja nad obliczeniem korzyści finansowymi Polski wynikających z członkostwa w Unii Europejskiej. W mojej ocenie tych korzyści finansowych już nie ma.

Źródło: nczas.com.pl


Udostępnij na social media

Porozmawiajmy

Janusz Kowalski informuje, że świadcząc usługi korzysta z technologii przechowującej i uzyskującej dostęp do informacji w urządzeniu końcowym użytkownika, w szczególności z wykorzystaniem plików cookies.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich używanie.
zamknij