Publikacje

Polska naftowym hamulcem

22 marca 2022 /

Rząd Donalda Tuska od sześciu lat wstrzymuje budowę niezależnego od Kremla korytarza do transportu kaspijskiej ropy naftowej na rynki Unii Europejskiej. Gdyby rząd polski rzeczywiście był zainteresowany integracją Ukrainy z UE, podjąłby wreszcie decyzję o budowie polsko-ukraińskiego ropociągu.

Polska, podobnie jak Ukraina, wciąż uzależniona jest od dostaw rosyjskiej ropy naftowej. Faktem jest, że odziedziczony po Edwardzie Gierku terminal naftowy w Gdańsku w warunkach pokojowych jest w stanie zaspokoić zapotrzebowanie na surowiec tego samego typu dla polskich rafinerii na wypadek przerw dostaw rosyjskiej ropy naftowej REBCO ropociągiem „Przyjaźń”. Jednakże ze względu na własne bezpieczeństwo energetyczne i geopolityczne położenie Polska powinna być żywo zainteresowana utworzeniem korytarza do transportu kaspijskiej ropy naftowej przez Azerbejdżan, Gruzję i Ukrainę z wykorzystaniem własnego terytorium, a z pominięciem terytorium Federacji Rosyjskiej. Wydobycie kaspijskiej ropy naftowej od 2000 r. do dnia dzisiejszego się podwoiło. I choć deklaracje polskich polityków rządzącej koalicji wciąż potwierdzają zainteresowanie Warszawy tym projektem, to fakty niestety temu przeczą.

20 lat ukraińskich starań

Ukraina już w lutym 1993 r., czyli kilkanaście miesięcy po uzyskaniu niepodległości, podjęła decyzję o dywersyfikacji szlaków importowych ropy naftowej. Wtedy to władze w Kijowie zdecydowały o budowie terminalu naftowego Piwdennyj w pobliżu Odessy, który został uruchomiony w 2001 r. Rok później zakończyła się także po niecałych 8 latach od podjęcia decyzji budowa ropociągu Odessa–Brody. Takiego tempa prowadzenia inwestycji infrastrukturalnych może wciąż jej pozazdrościć Polska. Połączenie ukraińskich Brodów z polskim odcinkiem ropociągu „Przyjaźń” umożliwiłoby dokończenie projektu budowy Euroazjatyckiego Korytarza Transportu Ropy Naftowej. Dzięki temu w pierwszym etapie do Polski korytarzem transportowane byłoby rocznie 8–12 mln ton ropy naftowej. Surowiec z Baku przesyłany byłby ropociągiem do Supsy lub koleją do gruzińskich terminali w Batumi, Kulevi i Supsie. Stamtąd tankowcami trafiałby do Piwdennyj, a następnie ropociągiem do Brodów, Płocka i ostatecznie do Naftoportu w Gdańsku. Docelowo tą drogą (po 2021 r., kiedy ponownie zostanie podwojona produkcja ropy naftowej w regionie Morza Kaspijskiego) można przesłać nawet do 40 mln ton surowca na rynek europejski i światowy. Trudno się dziwić ukraińskiej determinacji budowy niezależnego od Rosji korytarza, skoro połączenie z Polską może doprowadzić do podwojenia tłoczenia surowca przez jej terytorium. Dopiero realne zaangażowanie inwestycyjne polskiego rządu stworzy alternatywę dla rosyjskiej ropy naftowej w Europie Środkowo-Wschodniej.

Odwiedź mój profil na Facebooku

Polska hamulcowym projektu

Z perspektywy Kijowa postawa Warszawy, która poza krótkim okresem rządów PiS u w latach 2005–2007 nie jest faktycznie zainteresowana budową brakującego odcinka ropociągu, musi być co najmniej irytująca. Ukraiński premier w styczniu 2012 r. wprost stwierdził, że Polska uważa budowę ropociągu za „niepożądaną”. Zarówno postkomuniści w latach 2001–2005, jak i obecna koalicja PO-PSL żądają np. kolejnych rynkowych analiz opłacalności realizacji projektu, odwlekając tym samym ostateczną i wiążącą decyzję o polskim zaangażowaniu inwestycyjnym. Warto pamiętać, że przełomem dla szans realizacji projektu Odessa–Brody–Płock–Gdańsk była prowadzona w latach 2005–2010 przez prezydenta Kaczyńskiego aktywna polityka wschodnia na polu energetycznym. To właśnie z inicjatywy prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego został zorganizowany 11 maja 2007 r. Szczyt Energetyczny na Wawelu w Krakowie, na którym prezydenci Azerbejdżanu, Gruzji, Litwy i Polski we wspólnym oświadczeniu zadeklarowali polityczne poparcie dla projektu Odessa–Brody–Płock–Gdańsk. Od takiej politycznej umowy rozpoczęła się w przeszłości np. budowa ropociągu Baku–Tbilisi–Ceyhan przez Azerbejdżan, Turcję, Gruzję i Stany Zjednoczone. Najważniejsza w Krakowie była więc deklaracja prezydenta Azerbejdżanu, który zagwarantował ropę naftową dla projektu. Kilka miesięcy później 10–11 października w Wilnie podjęto na kolejnym szczycie energetycznym decyzję o poszerzeniu udziałowców Międzynarodowego Przedsiębiorstwa Rurociągowego „Sarmatia” z siedzibą Warszawie. Spółka ta założona przez polskie PERN „Przyjaźń” i ukraińską JSC „Ukrtransnafta” w 2004 r. jest odpowiedzialna za budowę ropociągu z Polski do ukraińskich Brodów. Na mocy decyzji prezydentów z 2007 r. udziałowcami „Sarmatii” została gruzińska spółka logistyki paliwowej GOGC, azerski potentat naftowy SOCAR oraz litewski terminal AB „Klaipedos Nafta”. Na kolejnym szczycie energetycznym w maju 2008 r. w Baku prezydenci zapowiedzieli przyspieszenie inwestycji, po tym jak miesiąc wcześniej w obecności prezydenta Lecha Kaczyńskiego i Wiktora Juszczenki „Sarmatia” ogłosiła przetarg na przygotowanie studium wykonalności projektu. Nie ulega wątpliwości, że jednym z najważniejszych powodów rosyjskiej agresji na Gruzję w sierpniu 2008 r. były właśnie wspólne ambicje Gruzji, Polski, Ukrainy i Azerbejdżanu popierane m.in. przez USA czy państwa nadbałtyckie – budowa niezależnego od Kremla korytarza do transportu węglowodorów z regionu Morza Kaspijskiego do Unii Europejskiej.

Decyzje zamiast propagandy

Niestety rząd Donalda Tuska od 6 lat (mimo poparcia dla projektu Komisji Europejskiej) wstrzymuje się od podjęcia wiążącej decyzji o rozpoczęciu budowy ropociągu do Brodów. Nawet mimo tego, że dzięki decyzjom z lat 2007–2009, podjętym z inicjatywy polskiego prezydenta, został wybrany tańszy wariant budowy polsko ukraińskiego ropociągu. Zamiast 506-kilometrowego ropociągu Brody–Orzechowo–Płock wystarczy dziś wybudować 327-kilometrowy odcinek ropociągu na linii Brody–Adamowo i wykorzystać feralną, wciąż budowaną III nitkę ropociągu „Przyjaźń” do transportu kaspijskiej ropy. Plan budowy polskiej części ropociągu uzyskał we wrześniu 2013 r. decyzję o środowiskowych uwarunkowaniach projektu, co otworzyło drogę do ubiegania się o pozwolenie na budowę.

Ta krótkowzroczna polityka polskiego rządu może doprowadzić do sytuacji, w której niemożliwe stanie się wykorzystanie 120 mln euro europejskich środków przeznaczonych na tę inwestycję. Jeżeli rząd polski rzeczywiście zainteresowany jest integracją Ukrainy z Unią Europejską, zamiast dziesiątków wielkich słów wypowiadanych przez polityków PO i PSL pod adresem Ukrainy, wystarczy podjąć wreszcie decyzję o budowie polsko ukraińskiego ropociągu. Żaden inny projekt nie zbliży dziś Ukrainy bardziej do Europy. W konsekwencji doprowadzi on do znacznego uniezależnienia wielu państw obszaru postsowieckiego od rosyjskiej ropy naftowej.

źródło: Gazeta Polska Codziennie

Tekst mojego autorstwa, który ukazał się w Gazecie Polskiej Codziennie 3 stycznia 2014 r.

Udostępnij na social media

Moja działalność
polityczna, społeczna i ekspercka

Polska naftowym hamulcem

Polska naftowym hamulcem

Porozmawiajmy

Janusz Kowalski informuje, że świadcząc usługi korzysta z technologii przechowującej i uzyskującej dostęp do informacji w urządzeniu końcowym użytkownika, w szczególności z wykorzystaniem plików cookies.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich używanie.
zamknij